Copyright by KZRSS "Społem"

Polskich sklepów jest coraz mniej. Wielkie sieci robią, co chcą - wywiad prezesa Jaśkowskiego dla Strefy Biznesu

Kategoria: SERWIS INFORMACYJNY SPOŁEM NR II/2025 Opublikowano: wtorek, 20, maj 2025

jaskowski 2024Strefa Biznesu: Jak pan ocenia sytuację polskich sklepów? Czy jeszcze istnieją? Czy poddały się ekspansji zagranicznych sieci?
Ryszard Jaśkowski: Jest kilka rodzimych marek, które mocno się zakorzeniły, szczególnie w miejskim krajobrazie. Istniejemy w świadomości odbiorców, działamy, ale nie zmienia to faktu, że zostało nas niewielu. Wyliczono, że polskie firmy w branży stanowią 20 do 25 procent. To zatrważająco mało.


Czy to efekt zmian postaw klientów, ekspansji e-commerce, czy też naporu zagranicznych sieci?
Jak zawsze, przyczyn jest wiele, ale ja zbieram je do wspólnego mianownika: brak kontroli nad tym, co się dzieje w handlu w Polsce. Pewnie, że zmienił się świat. Młodzi korzystają z aplikacji, wszechogarniająca reklama przyciąga niskimi cenami itd. Najważniejsze zmiany w polskim handlu wymknęły się spod kontroli i wynikają z zaniedbań. Uważam, że to się dzieje z krzywdą dla polskiego biznesu i pracowników.
Mówi pan o rozwoju zagranicznych sieci? Gdzie ten brak kontroli?
Największym problem jest brak planów zagospodarowania przestrzennego, przez co sklepy powstają w każdym praktycznie miejscu, na dowolnej, dostępnej działce. Znam nawet przypadki budowy sklepu zamiast planowanego przedszkola. Wielkie sieci mają pieniądze i mogą robić, co chcą. Obawiam się, że jeśli nie dotrzemy do świadomości decydentów, to niedługo polskich sklepów nie będzie w ogóle. Kraje bogate i mądre dbają o swoich przedsiębiorców. Szwajcaria, Niemcy, Włochy, długo by wymieniać. Po pierwsze – rozkwita tam spółdzielczość, po drugie – bronią rynków przed zagranicznymi korporacjami. Czy słyszał pan, żeby na przykład polskie sklepy otwierały się w Niemczech, czy we Francji? Nie ma takiej możliwości, prawda? Wygórowane wymagania wobec innych powodują, że ich lokalnych marek nie da się wyprzeć z miast. W Szwajcarii ponad 80 procent to handel spółdzielczy. Także we Włoszech podstawą rozwoju handlu są miejscowe spółdzielnie.
Jak powinna wyglądać kontrola, o której pan mówi?
Trzeba zacząć od planów zagospodarowania, bo mało które miasto je posiada. To wolna amerykanka. Zaczynam podejrzewać, że to celowe działania, ponieważ żadna gmina nie może zablokować niekorzystnych dla niej pomysłów budów czy inwestycji. Pamięta pan ustawę o tworzeniu i działaniu wielkopowierzchniowych obiektów handlowych (WOH)? Miała regulować powstawanie dużych obiektów handlowych w Polsce. Wymagałoby to uzyskania zezwolenia wydanego przez wójta, burmistrza lub prezydenta miasta, pozytywnej opinii rady gminy. W uzasadnieniu tamtej ustawy podkreślano potrzebę ochrony małych przedsiębiorców przed ekspansją dużych sieci handlowych. Niestety została „utrącona" w 2008 r., jeśli dobrze pamiętam. I od tamtej pory nie ma już żadnych instrumentów kontroli, nastąpił wysyp sklepów z zagranicznym kapitałem, a giną polskie.
Czy nie korzystają na tym klienci? Myślę o konkurencji
Nie korzystają. To pozorowane korzyści. Zacznijmy od tzw. wojny handlowej między dwoma znanymi dyskontami. Ja uważam, że to nie wojna, tylko zmowa handlowa. Po pierwsze omijają ustawę o cenach dumpingowych, na co nikt nie zwraca uwagi. Po drugie nachalnie promują alkohol. Po trzecie: my jesteśmy podatni na reklamy, a oni grają na emocjach, podkreślając wyjątkowo niskie ceny jednego towaru, podczas gdy pozostałe są w cenach normalnych albo wręcz wyższych. Idę, żeby kupić np. tańsze banany, ale przecież robię zawsze większe zakupy, prawda? Stosowanie dumpingu rozwala cały system handlowy w Polsce. Zgłaszamy to do UOKiK, może skończy się jakimiś karami, ale one niczego nie zmienią. A może by policzyć ile oni wydają na reklamy? Przecież ktoś za to zapłaci, w cenie towaru oczywiście.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, polskie sklepy wcale nie muszą być droższe od dyskontów z zagranicznym kapitałem działających na naszym rynku. Różnica często polega na innej strategii promocyjnej. Polskie placówki mogą oferować mniej promocji w skali ogólnej, ale za to koncentrować się na przecenach w innych kategoriach produktowych. Ostatecznie bilans dla konsumenta może wypaść podobnie.
Niestety, polskie sklepy często działają w trudniejszych warunkach, a pewne kwestie, jak chociażby system franczyzowy, nie zostały jeszcze optymalnie rozwiązane. W efekcie obserwujemy sytuacje, w których zagraniczne sieci franczyzowe, jak Żabka, znajdują sposoby na omijanie przepisów, czego przykładem jest ustawa o ograniczeniu handlu w niedzielę. To stawia polski handel w mniej korzystnej pozycji konkurencyjnej.
Polskie sklepy chcą utrzymania zakazu handlu w niedzielę?
W obecnym kształcie, tak. Ponad 50 procent Polaków chce wolnych od handlu niedziel. Ponad 900 tysięcy kobiet pracuje w handlu, proszę sobie wyobrazić, że muszą pracować także w niedzielę i odbieramy im możliwość spędzania czasu z rodziną. Jakie to miałoby skutki społeczne? Nie rozumiem, po co zmieniać coś, co się sprawdziło i do czego wszyscy się przyzwyczailiśmy. Oczywiście małe, rodzinne sklepy na tym korzystają, ale to mają też na celu wolne niedziele. Wsparcie małych biznesów. Co jakiś czas, niektórzy politycy wracają do pomysłu zniesienia wolnych niedziel, bo to nośne hasło. Ale to zwykłe szaleństwo i populizm, który tylko odwraca uwagę od prawdziwych problemów, najwyraźniej trudniejszych do rozwiązania albo niewygodnych. Jeśli przywrócimy niedziele handlowe, poskutkuje to upadłością kolejnych małych sklepów, bo już teraz rocznie znika ich kilka tysięcy z rynku.
Jak branża zapatruje się na system kaucyjny?
Branża handlowa w Polsce patrzy na wprowadzany system kaucyjny z ogromnym niepokojem i zdecydowanym pesymizmem. Dominujące odczucie to frustracja i obawa przed negatywnymi konsekwencjami finansowymi oraz operacyjnymi. Przede wszystkim, powszechne jest przekonanie o niedopracowaniu systemu. Obowiązek przystąpienia dla wszystkich sklepów powyżej 200 m² od 1 października, przy jednoczesnym braku takiego obowiązku dla producentów, jest postrzegany jako niesprawiedliwe przerzucenie kosztów i odpowiedzialności na detalistów. Już na starcie widać brak równowagi, gdzie koszty wdrożenia systemu ponoszą sklepy, a niekoniecznie przekłada się to na proporcjonalne zyski.
Obawy handlowców potęguje świadomość potencjalnej utraty klientów. Doświadczenia z innych krajów jasno pokazują, że placówki, które nie wdrożą systemu kaucyjnego, mogą liczyć się ze spadkiem liczby klientów nawet o 30%. To bezpośrednio przełoży się na drastyczny spadek zysków, co w obecnej, niełatwej sytuacji gospodarczej, jest dla wielu sklepów wręcz egzystencjalnym zagrożeniem. Ogromne koszty wdrożenia to kolejny palący problem. Inwestycja w recyklomaty jest znacznym obciążeniem finansowym, zwłaszcza dla mniejszych i średnich przedsiębiorstw. Ci, którzy zdecydują się na zbiórkę ręczną, stają przed praktycznym wyzwaniem przechowywania dużej ilości zwracanych opakowań, co generuje dodatkowe koszty logistyczne i zajmuje cenną przestrzeń magazynową.
Sytuacji nie poprawia fakt istnienia wielu operatorów systemu kaucyjnego. Mimo pozornej konkurencji, oferowane stawki za zebrane opakowania są rażąco niskie w stosunku do realnych kosztów ponoszonych przez sklepy. Testy jednoznacznie wskazują, że rzeczywiste koszty obsługi systemu są nawet trzykrotnie wyższe niż proponowane stawki handling fee. Aktualne stawki są o 50-70% niższe od realnych wydatków przedsiębiorców.
Jak wyglądają konieczne do poniesienia koszty?
Wyliczenia są alarmujące – średnia strata jednego sklepu związana z realizacją ustawowego obowiązku może wynieść od 2 000 zł do 2 500 zł miesięcznie. Rocznie daje to kwotę od 24 000 zł do 30 000 zł niezwróconych kosztów dla właściciela przeciętnego sklepu. Co więcej, należy podkreślić, że te koszty będą jeszcze wyższe dla większych placówek handlowych.
Podsumowując, branża handlowa w Polsce postrzega nadchodzący system kaucyjny jako źle przygotowany, generujący ogromne i nieproporcjonalne koszty oraz stwarzający realne zagrożenie dla rentowności wielu przedsiębiorstw. Panuje powszechne przekonanie, że w obecnej formie system ten przyniesie więcej szkody niż pożytku, a jego wdrożenie bez uwzględnienia realnych potrzeb i możliwości sklepów jest poważnym błędem.
Czy polskie sklepy mają jakieś przewagi konkurencyjne?
Świetnej jakości produkty i bliski kontakt w klientem. Tego nie znajdzie się gdzie indziej. My znamy kupujących z imienia, bo przychodzą do nas regularnie od lat. Personel zna ich upodobania, wiemy, czego szukają. Opieramy się na świeżych towarach, pochodzących z lokalnych masarni, mleczarni czy pieczywa wypiekanego wg. tradycyjnych receptur i lokalnych dostawców. Oczywiście również wprowadzamy nowoczesne rozwiązania np. nową aplikację zastępującą programy lojalnościowe, nadrabiamy zaległości informatyczne, ale opieramy się na kontakcie z ludźmi.
Wiem, że jest pan propagatorem patriotyzmu gospodarczego. Czym on jest dla pana?
Dla mnie patriotyzm gospodarczy to świadome i konsekwentne wspieranie rodzimej przedsiębiorczości na wielu płaszczyznach. To nie tylko deklaracje, ale przede wszystkim konkretne działania, które realnie wzmacniają lokalną gospodarkę i budują silniejsze więzi społeczne. W naszej codziennej działalności ten patriotyzm przejawia się przede wszystkim w lokalnym zakorzenieniu. Płacimy podatki tam, gdzie działamy - w naszych gminach. To fundamentalna różnica w porównaniu do wielu zagranicznych sieci, których rozliczenia podatkowe często budzą wątpliwości co do ich transparentności i wpływu na lokalne budżety. Nasze zaangażowanie w lokalne społeczności to kolejny filar patriotyzmu gospodarczego. Wynajmujemy lokale od miasta, wspieramy lokalne szkoły i inicjatywy społeczne. Jesteśmy częścią tkanki miejskiej, a nie tylko anonimowym podmiotem działającym na jej terenie.
Kluczowa jest dla nas również współpraca z polskimi producentami i lokalnymi hurtowniami. Traktujemy ich jak partnerów, a nie tylko dostawców. Budujemy długotrwałe relacje, oparte na uczciwości i wzajemnym szacunku. Odżegnujemy się od praktyk wymuszania nieuczciwych opłat, które, choć formalnie zakazane, wciąż znajdują swoje nielegalne ujście w działaniach niektórych sieci handlowych.
Patriotyzm gospodarczy to także promowanie polskiej żywności, tej najlepszej i najzdrowszej. Zdajemy sobie sprawę, że nazwa produktu to nie wszystko. Kiełbasa z lokalnej masarni to zupełnie inna jakość niż ta z dyskontowej półki. Naszą dumą są produkty regionalne, które nie tylko wyróżniają naszą ofertę, ale przede wszystkim utrzymują przy życiu małych producentów i cały ekosystem lokalnego biznesu wokół nich.
Dlatego właśnie uważam, że patriotyzm gospodarczy zasługuje na znacznie większe zainteresowanie mediów. To nie jest pusty slogan, ale realna siła napędowa lokalnych gospodarek i budowania silniejszego społeczeństwa. Ten wywiad jest cennym wyjątkiem, który potwierdza, że warto o tym mówić głośno.